I znów i wciąż upadam,
w odmęty zła i nienawiści.
I Boga nic nie słucham,
czekam, aż Sąd się ziści.
Wiary nie mogę odnaleźć,
dogmaty w głupstwa obracam.
Bogu nie mogę zawierzyć,
z Księciem Otchłani się bratam.
Choć Pismo Święte czytam,
do kościoła w niedzielę chodzę.
W mrok niewiary się staczam,
w pychę bezdenną schodzę.
Lecz może nie wszystko stracone,
wystarczy członki wytracić.
Ze wstrętem odrzucić na stronę,
chwasty swej duszy wypalić.
O wy Anieli tam w Niebie,
co nigdy nie upadacie!
Czystość waszą wielbię,
z Bogiem się kochacie.
I wy święci Stworzyciela,
cherubiny tej Ziemi.
I Ty Matko Zbawiciela,
w obrazach naszych sieni.
Wy co w miłości trwaliście,
o duszę grzesznika walczycie.
Królowi służyć chcieliście,
dajcie modlitwy choć tycie.
Bo człowiek istotą jest słabą,
więcej niż trzykroć upada.
Tłumaczy się wiekiem i wadą,
od Dobra myśli oddala.
Lecz w ludziach jest boski drogowskaz,
w Raju jeszcze nadany.
Do Nieba zdąża na rozkaz,
na naszą wolę jest zdany.
Znów chcę Ojcu zawierzyć,
pod skrzydła Jego powrócić.
Zbawiennego celu dobieżeć,
Grzechy swoje odrzucić!